Thomas Tuchel stanął w obliczu mocnej krytyki po przegranym meczu półfinałowym z Argentyną. Przed rywalizacją o trzecie miejsce zaskoczył dziennikarzy swoimi słowami, przyznając, że tak naprawdę nikt nie chce rozgrywać tego spotkania.
Tuchel zaskakuje słowami
Reprezentacja Anglii nie była w stanie pokonać Leo Messiego i spółki, a wyniki Argentyny są wręcz zaskakujące. Niemiecki selekcjoner wprost odniósł się do narastających głosów niezadowolenia po tej porażce. Odrzucił oskarżenia o "tchórzostwo" w kwestii doboru taktyki podczas decydujących momentów półfinału, deklarując, że nie zwraca uwagi na takie komentarze. Stanowczo podkreślił, że nie żałuje podjętych decyzji, tłumacząc je chęcią ożywienia zbyt pasywnie grającej drużyny. Padło także sporo pytań o podejście do rywalizacji o trzecie miejsce.
Nikt nie chce grać w tym meczu. Wszyscy ci półfinaliści chcieli być w Nowym Jorku, ale w końcu będzie to też oficjalne spotkanie mundialu [...]. Jeśli wygramy sobotni mecz, osiągniemy najlepszy wynik w mistrzostwach świata od 60 lat. Taka jest perspektywa.
Mimo ogromnego niedosytu i bolesnej blizny po utracie szansy na złoto, Tuchel stara się szukać pozytywów i budować morale swojej kadry. Niemiec zaznaczył, że nadchodzące starcie z "Trójkolorowymi" to dla Anglików kluczowa okazja, by udowodnić swoją wartość na tle jednej z najpotężniejszych drużyn globu. Menedżer zapowiedział również roszady w składzie, co może zwiastować szansę dla zawodników, którzy dotychczas spędzili na murawie nieco mniej minut.
🚨 𝗕𝗥𝗘𝗔𝗞𝗜𝗡𝗚: Thomas Tuchel on the World Cup 3rd place game against France:
"None of our players and none of the French players want to play this match.
"They want to play the final. We gave everything to achieve that. Everyone plays to win the World Cup, but that’s how… pic.twitter.com/HrcEjbcH1K
— The Touchline | 𝐓 (@TouchlineX) July 16, 2026
Finał pocieszenia z wielką stawką
Choć atmosfera wokół "Synów Albionu" wydaje się gęsta, a perspektywa "finału pocieszenia" nie wzbudza entuzjazmu ani u piłkarzy, ani u samego sztabu, historia wciąż puka do drzwi. Ewentualne zwycięstwo nad Francuzami w Miami oznaczałoby sięgnięcie po brązowy medal, co jest równoznaczne z najlepszym osiągnięciem Anglików na mundialu od legendarnego triumfu na własnej ziemi w 1966 roku. Trzeba przypomnieć, że dotychczas Wyspiarze dwukrotnie schodzili pokonani z meczów o trzecie miejsce - w 1990 oraz 2018 roku.
Mecz zapowiada się niezwykle fascynująco, tym bardziej że po drugiej stronie boiska stanie kadra prowadzona po raz ostatni przez Didiera Deschampsa, co dodaje całej rywalizacji dodatkowego smaku. Pierwszy gwizdek arbitra z Wenezueli, Jesusa Valenzueli, wybrzmi w sobotę o godzinie 23:00 czasu polskiego. To będzie moment prawdy, w którym okaże się, czy Anglicy potrafią zniwelować dystans do najlepszych nacji i godnie pożegnać się z amerykańskim turniejem.
