Młoty bezwzględnie ukradły jedną z ostatnich desek tonącej tratwy Jose Mourinho. Kiedy patrzymy na letnie okienko transferowe w Anglii, to w oczy rzucają się dwa zespoły. Pierwszy z nich to Liverpool, a drugi to właśnie West Ham. Fani tej drugiej drużyny powoli tracili cierpliwość, jednak podopieczni Manuela Pellegriniego odbili się od dna tabeli w spektakularnym stylu.

Inżynier poskładał zabawki

To może być punkt zwrotny dla West Hamu. Pewne, zasłużone i co najważniejsze – w pełni oddające boiskową dominację zwycięstwo z Manchesterem United robi wrażenie. Na początku można było zwątpić w ten projekt. Brak zdecydowania, co do ustawienia formacji defensywnej – czwórka czy piątka i kto w ogóle ma grać? Nowe nazwiska się nie rozumiały. Felipe Anderson poszukiwał swojej pozycji, uciekał od gry, Jarmołenko prezentował się kompletnie beznadziejnie, w środku pola brakowało kreatywności, a dziury między formacjami były większe niż na polskich drogach powiatowych. Liverpool pokazał, ile brakuje drużynie Pellegriniego i sprzedał jej solidnego kopniaka w tyłek, niszcząc marzenia o potędze. Później była poprawka od Arsenalu, Bournemouth i Wolverhamptonu, gdzie w doliczonym czasie gry Carlos Sanchez stracił piłkę na 30. metrze i „przegrał” to spotkanie. Bańka szykowała się z zamiarem pęknięcia. Pellegrini jednak to wszystko poukładał. Dziś Diop i Balbuena to duet stoperów, który dobrze się rozumie, nie popełnia kardynalnych błędów. Widać to nie tyle po liczbie straconych goli, co po samej organizacji gry Młotów. Do tego trio Jarmołenko-Arnautović-Anderson wreszcie polubiło ze sobą grać. Przyszły wyniki. Remis z Chelsea, rozgromienie czwartoligowca 8:0 w Pucharze Ligi i dzisiejsza wielka wygrana z Manchesterem United.

Wysokie oczekiwania od lat

Londyńczycy to – według zestawienia hiszpańskiej gazety AS ze stycznia 2018 roku – dwudziesty klub Europy pod względem wysokości pensji. Poziomem sportowym jednak nie zachęcali znanych piłkarzy. Alexandre Lacazette, Wiliam Carvalho, Carlos Bacca, Olivier Giroud. Ileż to razy czytaliśmy mocne nazwiska łączone z tym klubem? Wszystko kończyło się tylko uśmieszkiem politowania. Wreszcie nadeszło lato, w którym fani Premier League mogą spojrzeć na graczy zatrudnionych przez Davida Golda i Davida Sullivana i powiedzieć: „wow, to robi wrażenie”. Felipe Anderson, Andrij Jarmołenko, Łukasz Fabiański, Jack Wilshere (wciąż przecież mocne nazwisko). „Calciomerato” pisało o tym, że były gracz Lazio wzbudził nawet zainteresowanie Chelsea i Sarriego. Manuel Pellegrini. To z kolei postać, w którą kibice uwierzyli. Jego Manchester City w sezonie 2013/14 zdobył ponad 100 bramek w Premier League i zachwycał kibiców piękną grą. Kiedy The Citizens ogłosili Pepa Guardiolę jako nowego trenera w trakcie trwania rozgrywek, to z piłkarzy zeszło powietrze. Brakowało pomysłu, ruchu i przede wszystkim pressingu. Tu jednak „uroczy Pan”, jak nazywano go w City, ma przypomnieć sobie przede wszystkim styl ze swojego pierwszego pełnego sezonu w Anglii. Mistrzostwa od niego nikt nie wymaga. West Ham to angielski zespół na poziomie, powiedzmy, Villarrealu, który to prowadził ten trener. Anglicy są jednak o półkę wyżej pod względem możliwości finansowych.

Nowy Payet?

Wydawało się, że po przyjściu Payeta West Ham będzie piął się tylko w górę. Po aferze z Francuzem okazało się jednak, że był niezastąpionym liderem. Po palonych koszulkach w kolejnych miesiącach można było co najwyżej zapłakać. Manuel Lanzini tak naprawdę nigdy nie wszedł w buty Payeta, wziął je tylko kilka razy, ale były na niego zbyt duże. Co do butów pomocnika… to wciąż czekają w szatni, a czasami pożycza je właśnie nowy nabytek – Felipe Anderson, który przeszedł z Lazio za 34 miliony funtów. Swoimi podaniami będzie próbował zrobić z Arnautovicia drugiego Immobile, a przy obecnej formie Austriaka, jest to przynajmniej w jakimś stopniu możliwe. Cztery gole w siedmiu spotkaniach ligowych robią wrażenie, a po poruszaniu się Austriaka na boisku widać, że jest głodny kolejnych trafień. A przecież to był często gracz chimeryczny. W West Hamie mu się podoba. Po golach bardzo często krzyżuje ręce, prezentując symbol klubu. 41 trafień w całym sezonie tak jak Immobile we wszystkich rozgrywkach – na pewno nie zdobędzie, ale czy nie stać go na dwie dyszki? Przy takiej formie – jak najbardziej. 11. i 13. miejsce – takie lokaty zajmowały Młoty w dwóch poprzednich sezonach. Słabo, jak na aspiracje i możliwości klubu, który przeniósł się na nowy obiekt – London Stadium. Ten jednak nie dorównuje klimatowi Boleyn Ground. Fani także w braku magii stadionu dopatrywali się niepowodzenia. Jeśli drużyna Pellegriniego będzie grała tak, jak dziś, to szybko zmienią zdanie.

Skąpi właściciele sypnęli groszem

Gold i Sullivan nie są zbyt lubianymi właścicielami. Zostali otoczeni i obrażani po porażce z Burnley w poprzednim sezonie (0:3 u siebie). Wreszcie musieli sypnąć kasą. Co jest najważniejsze w przypadku West Hamu? Że wydają się być wreszcie zespołem zbalansowanym, a transfery zostały dobrane przemyślanie, nie tylko pod względem głośności nazwisk. Młody Issa Diop, który świetnie spisywał się w Tuluzie był podobno bacznie obserwowany przez Arsenal i Tottenham, a wylądował w sidłach Pellegriniego. Fabian Balbuena to kolejny nowy stoper, on z kolei znalazł się w najlepszej drużynie ligi brazylijskiej i zdobył Corinthians mistrzostwo Brazylii. Ryan Fredericks od Zabalety może się na treningach wiele nauczyć, a już w sparingach prezentował się bardzo solidnie i to on wkrótce powinien grać w pierwszym zespole, choć stary poczciwy Pablo wypił dziś eliksir, który odmłodził go o dziesięć lat, bo szalał na skrzydle podwójnie zmotywowany (w końcu mecz z United). Zadbano o poprawę defensywy. Ta przyszła jednak z czasem. Potrzeba było zgrania. Okienko transferowe sprawiło, że Sullivan i Gold mogli spokojnie pokazywać się na ulicy bez obstawy. Teraz przyszły też wyniki, więc mogą spać jeszcze spokojniej, nawet o dwie-trzy godziny dłużej.

Co pokaże West Ham?

West Ham w zeszłym sezonie Premier League aż w 15 meczach tracił trzy bramki lub więcej. Defensywa Młotów była najgorsza w lidze, mimo 13. pozycji w tabeli. Zaczynając od bramki – kompromitujący się po raz kolejny Joe Hart, wiekowy, przez co mniej dynamiczny Zabaleta, średniej jakości stoper Angelo Ogbonna, 19-letni, dopiero zbierający doświadczenie Declan Rice, myślący bardziej o swoich fanach na Instagramie Patrice Evra, kontuzjowany Winston Reid, bardzo ofensywnie grający i dryblujący Masuaku, często zapominający o defensywie, James Collins, czyli gracz typu zabierz-wykop-powtórz, a do tego gra nieszczęsną trójką stoperów, nie mając do tego odpowiednich kandydatów. To wszystko złożyło się na to, że podopieczni Slavena Bilicia, a później Davida Moyesa mieli defensywę z przypadkowych rzeczy wyciągniętych z szafki i to w połowie wyżartych przez mole. Diop, Fredericks i Balbuena mają pomóc, żeby już nie kompromitować się w tej formacji.

Letnie transfery, zbalansowany zespół, zaspokojenie potrzeb, trener z mocnym nazwiskiem, który nie tak dawno zdobywał mistrzostwo tej ligi, będący w znakomitej dyspozycji Marko Arnautović, zmiana nastrojów o 180 stopni. West Ham United będzie w tym sezonie próbował dmuchać jak największe bańki. Oby tylko nie pękły z hukiem. Postawa tego zespołu budzi wielką ciekawość.