Wyobraźcie sobie sytuację, że w samej Bydgoszczy jest 5 lig piłkarskich i ponad 70 drużyn, ale sezon trwa zaledwie 5 miesięcy. I ta Bydgoszcz potrafiła dojść do ćwierćfinału wielkiego, międzynarodowego turnieju, mimo faktu, że w UEFA zrzeszone są tylko 4 kraje, które mają mniej mieszkańców. I teraz tę 350-tysięczną Bydgoszcz zamieńcie na Islandię i rozsiądźcie się wygodnie. Zabieram Was w podróż do kraju lodu, gdzie liga piłkarska rozwija się coraz dynamiczniej.

Nieliczni, ale dzielni

O reprezentacji w ostatnich latach powiedziano już bardzo wiele, ze względu na Euro 2016, gdzie dotarli do ćwierćfinału, eliminując po drodze m.in. Anglików, a w grupie wyprzedzając przyszłego Mistrza Europy, Portugalię. I faktycznie – gdy startował sezon 2019 na Islandii było zarejestrowanych 77 klubów piłkarskich w 5 ligach. I tak – wśród 55 członków UEFA tylko 4 kraje mają mniej mieszkańców: Andora, San Marino, Wyspy Owcze i Liechtenstein. Tyle, że te kraje mogły do tej pory tylko pomarzyć o zakwalifikowaniu się na Euro czy Mistrzostwa Świata, a Islandia wystąpiła na obu turniejach w ciągu dwóch lat (Euro 2016, Mundial 2018).

Na Islandii oficjalnie zarejestrowanych jest 20 tysięcy piłkarzy i piłkarek. Trzeba bowiem podkreślić, że obok 77 męskich zespołów, istnieje aż 27 kobiecych drużyn, a reprezentacja grała na Euro dużo wcześniej niż męska. Pierwszy raz w 2009, potem w 2013 i w 2017. Panie są obecnie 19. drużyną świata, a kilka zawodniczek gra w liczących się klubach w Niemczech i USA czy silnej lidze szwedzkiej. Ale wróćmy do panów.

  

Bez kombinowania

Liga powstała w „kraju lodu” (tak należy tłumaczyć nazwę „Islandia”) już w 1912. Co prawda składała się wtedy z zawrotnej liczby 3 klubów, w dodatku wszystkich ze stołecznego Reykjaviku. Do połowy lat 50-tych XX wieku liga rozwijała się i rozrosła do takiego rozmiaru, że w 1955 można było w końcu stworzyć drugi poziom rozgrywek i wprowadzić system spadków i awansów. 11 lat później klubów było już tyle, że można było stworzyć trzecią, na początku lat 80tych – czwartą, a w 2013 – piątą ligę. Dopiero piąty szczebel rozgrywkowy jest podzielony na 4 podgrupy, ze względu na położenie. Wszystkie 4 wyższe w hierarchii są ogólnokrajowe, a pamiętajmy, że mówimy o kraju powierzchniowo większym od Węgier, Portugalii czy Austrii.

Ekstraklasa o smaku Pepsi i dominacja stolicy

Ekstraklasa islandzka (Urvalsdeild karla), w 2019 ze względów sponsorskich nazywana Pepsi-deild karla liczy obecnie 12 klubów. Na 108 rozegranych sezonów, najwięcej tytułów mistrzowskich ma KR Reykjavik, bo aż 26. Klub ze stolicy również i w tym sezonie przewodzi tabeli. Na moment pisania tego tekstu przegrał tylko jedno spotkanie w tym roku. KR – na Islandii często stosuje się skrótowce, bo pełna nazwa tej drużyny to… Knattspyrnufelag Reykjavikur, co oznacza Klub Piłkarski Reykjavik. Zostańmy więc przy KR. Nie dość, że to najbardziej utytułowana drużyna w kraju, główny kandydat do Mistrza w tym roku, ale także założyciel ligi z 1912, którą wtedy z resztą wygrał. Pod względem wygranych w krajowym pucharze, również nie ma sobie równych – 14 tytułów (również wygrana w 1. Edycji) oraz pierwszy klub, który reprezentował Islandię w europejskich pucharach. Mało? To jeszcze dodajmy, że to najstarszy klub w kraju – założony już w 1899! Jak FC Barcelona.

Ostatnie lata to jednak dominacja FH Hafnafjorður i Valurem – po 2 tytuły w ostatnich 4 latach. Ostatni raz KR Mistrzostwo zdobył w 2013. W międzyczasie po złoty medal sięgnęli także starzy, „dobrzy” znajomi Lecha Poznań – Stjarnan. Islandczycy wyeliminowali wówczas wicemistrza Polski w trzeciej rundzie eliminacji do Ligi Europy, wygrywając u siebie 1:0, a w Wielkopolsce remisując 0:0. Kolejorz nie był w stanie pół-profesjonalnemu klubowi z krainy lodu strzelić choćby jednego gola… Dla Stjarnan Mistrzostwo Islandii w 2014 było wciąż tylko jedynym w całej, niespełna 60-letniej historii klubu.

Obecny sezon Pepsi-deildin wystartował pod koniec kwietnia i zakończy się w drugiej połowie września. Póki co Wikingowie stawiają na prostotę i przejrzystość. System z 12 drużynami – każdy z każdym gra po 2 razy, co daje 22 kolejki. Nie ma barażów ani o utrzymanie, ani o eliminacje Ligi Europy. Obecnie Mistrz Islandii walkę o Ligę Mistrzów zaczyna od 1. Rundy kwalifikacji, a dwa następne zespoły o Ligę Europy biją się również od 1. rundy eliminacyjnej. Dwie najsłabsze ekipy spadają do ligi niżej.

Kotleszka Adam

Bliżej gwiazd… tych na niebie!

Gwiazd światowej piłki w ekstraklasie próżno szukać. Klasyfikacji strzelców przewodzą rodzimi gracze. Pierwszy na liście „nie-Islandczyk” to 31-letni Szkot Steven Lennon, który grał w przeszłości w Norwegii, czwartej czy piątej lidze angielskiej i w irlandzkim Dundalk. Tobias Thomsen to z kolei 26-letni Duńczyk, który ma za sobą grę w ekstraklasie swojej ojczyzny, ale pod względem doświadczenia obu przykrywa czapką, choć wcale nie ma wielkiego CV. Geoffrey Castillion, 28-letni Holender w Eredivisie debiutował w barwach Ajaxu, ale nigdy się tam nie przebił i po licznych wypożyczeniach odszedł w końcu do MLS, gdzie zagrał… 1 mecz. Po krótkich pobytach w Rumunii i na Węgrzech, w 2017 przeniósł się na północ, gdzie zdążył już grać dla trzech różnych klubów.

Generalnie obcokrajowcy raczej nie podbijają Islandii. Nieliczne wyjątki to, wybierani Piłkarzami Roku, Szkot David Winnie, który w 1998 zdobył ten tytuł w barwach KR Reykjavik, a przychodził z ligi szkockiej. W ubiegłym roku Duńczyk Patrick Pedersen po zdobyciu tego wyróżnienia w barwach Valura, przeniósł się do Sheriffa, ale Mołdawii nie podbił i wrócił na Islandię.

Adam Kotleszka ZT

Idol… pakujący sól

Prawdziwym hitem jest jednak historia jednego z bardziej rozpoznawalnych sportowców w kraju Birkira Mar Saevarssona, który jest kluczową postacią defensywy reprezentacji, grał na Euro 2016 i Mundialu 2018, a poza grą w Valurze, dorabia sobie… pakując sól w fabryce. I to wcale nie dlatego, że klub nie zapewnia mu godnego kontraktu, bo umowę ma jedną z lepszych na Wyspie, ale tu wychodzi islandzkie podejście do życia. Tam mając stabilną, dobrze płatną pracę, nie ograniczasz się tylko do niej i jeśli tylko czas pozwala, chwytasz się także innego źródła dochodu. I nikt nie patrzy na to krzywo, nikt nie stygmatyzuje, nie jest to w jakikolwiek sposób poniżające. Wręcz przeciwnie. Docenia się kult pracy, tym bardziej, że wykonując większość zawodów, da się zarabiać naprawdę godne pieniądze.

Więcej historii Adama Kotleszki na kanale Youtube Zawód: Typer