Nowa Zelandia w 2010 roku na Mistrzostwach Świata zadziwiła wszystkich, zostając jedyną niepokonaną drużyną całego Mundialu. Nowozelandczycy do RPA przywieźli piłkarzy bez klubu i amatorów, którzy za grę w piłkę nie dostawali wynagrodzenia, a na życie zarabiali pracując m.in. w banku. Cztery lata później znów o Nowej Zelandii usłyszał cały piłkarski świat. Tym razem za sprawą małego klubu z Auckland…

Klubowy Puchar Świata FIFA w 2014 był 11. edycją turnieju w historii i gościł zwycięzców sześciu Mistrzów swoich kontynentów. Auckland City mieli reprezentować Oceanię, a więc najsłabszą piłkarsko strefę świata zrzeszoną w FIFA. Nowozelandzki zespół był też rekordzistą pod względem występów w tych rozgrywkach, bo leciał na nie szósty raz (2006, 2009, 2011, 2012 oraz 2013). I o ile czasami mówi się, że doświadczeniem jest istotnym elementem na turniejach, tak mimo że pod tym względem City przebijali całą stawkę kilkakrotnie, wszyscy traktowali ich raczej jako sympatyczny dodatek. Dodatek, który prawdopodobnie i tak udział w turnieju zakończy gdy ten… jeszcze się na dobre nie rozpocznie. Oceania mimo stałego miejsca w turnieju, zawsze rozpoczynała go od rundy wstępnej i meczu z gospodarzem, a dopiero potem mogła ewentualnie grać z Mistrzami kontynentów.

Ciężko jednak poważnie traktować szanse ekipy, która w całości złożona była z amatorów i półprofesjonalistów. WSZYSCY z kadry kopanie piłki traktowali albo hobbystycznie, albo jako miły dodatek do pensji ze swojej podstawowej pracy. Pozwolę sobie przytoczyć kadrę Auckland na tamten turniej, wraz z podstawowymi zawodami ich graczy:

Tamati Williams – student zoologii, model
Ivan Vicelich – kapitan drużyny, najbardziej doświadczony piłkarz, na co dzień… właściciel sklepu sportowego w Auckland
Marko Dordevic – Serb, podczas turnieju… bezrobotny
Mario Bilen – Chorwat, budowlaniec
Fabrizio Tavano – Meksykanin, obecnie bezrobotny
Takuya Iwata – Japończyk, który w Auckland pracuje jako dostawca oraz trener grup młodzieżowych
Ryan De Vries – tutaj ciężko znaleźć nazwę dla jego zawodu. Nowozelandczyk zajmował się… dostosowywaniem sprowadzanych z Japonii samochodów, do nowozelandzkich warunków
Emiliano Tade – asystent klienta oraz trener grup młodzieżowych
Angel Berlanga – Hiszpan przybył do Nowej Zelandii pracować jako trener grup młodzieżowych oraz… wuefista
John Irving – Anglik z podobnym CV, jak Berlanga. Również pracował jako trener dzieci oraz w szkole uczył wychowania fizycznego
…to był wyjściowy skład Teraz czas na rezerwowych:
Jacob Spoonley – prawnik
James Pritchett – Nowozelandczyk miał swoje własne centrum gier i zabaw dla dzieci, gdzie sam również pracował jako obsługa klienta
Andrew Milne – zatrudniony w centrum gier i zabaw dla dzieci. Oczywiście przez Pritchetta
Darren White – sprzedawca
David Browne – gracz przyleciał z Papui Nowej Gwinei, żeby pracować na budowie w Nowej Zelandii. I to była jego podstawowa praca
Sam Burfoot – Anglik, pracujący na budowie
Cam Lindsay – pracownik… gorzelni


Kiwitea Street, stadion, ekhm… domowe boisko Auckland City.

No dobrze, skoro już poznaliście głównych bohaterów tej opowieści, możecie czytać dalej. Wszyscy ci amatorzy mieli zagrać na jednym turnieju z takimi krezusami jak Sergio Ramos, którego tygodniówka wynosiła wówczas 180 tysięcy dolarów, lub Cristiano Ronaldo, który zarabiał wtedy około 570 tysięcy dolarów tygodniowo. Obawiam się, że nawet jeśli zebralibyśmy pensje miesięczne całego zespołu z Auckland, nie zbliżylibyśmy się do takich sum.

Nowozelandczycy mają jednak we krwi walkę – jak się okazało, także na piłkarskim polu. Auckland City zadziwili cały piłkarski świat, najpierw eliminując gospodarza turnieju Moghreb Tetouan, a następnie rozprawiając się z najlepszą drużyną Afryki – algierskim ES Setif. W półfinale, gdy mecz z Realem Madryt był już na wyciągnięcie ręki, odpadli dopiero po dogrywce ze zwycięzcą Copa Libertadores – argentyńskim San Lorenzo. Jednak w meczu o trzecie miejsce City, znów po karnych, wygrali ze zwycięzcą Ligi Mistrzów CONCACAF – meksykańskim Cruz Azul. Dla całego klubu to był najszczęśliwszy dzień w historii i największe osiągnięcie, jakiego doświadczył kiedykolwiek klub ze strefy Oceanii. Największe problemy ten sukces przysporzył jednak kierownikowi drużyny…


Auckland City. Od lewej stoją: bezrobotny, budowlaniec, właściciel sklepu, ekspedient, prawnik…

Turniej trwał od 10 do 20 grudnia, a jak się okazało, Navy Blues (jak nazywa się Auckland City w ich ojczyźnie), mieli grać swój mecz w ostatni dzień turnieju, co:
a) było splendorem, bo oznaczało, że doszli do strefy medalowej
b) było problemem, bo trzeba było stanąć na głowie, żeby piłkarze mogli na Święta Bożego Narodzenia wrócić do swoich domów w Nowej Zelandii.
Na tę operację klub musiał wysupłać dodatkowe 50 tysięcy dolarów, żeby odpowiednio przebukować bilety, a jak się domyślacie, na kilka dni przed Wigilią, był „malutki” problem z dostępnością miejsc. FIFA pokrywa koszty wszystkich drużyn biorących udział w Klubowym Pucharze Świata, ale tylko do pewnego momentu. Przed turniejem prosi kluby o wycenę, weryfikuje kwoty, a następnie wypłaca pieniądze na konta bankowe. Jak się domyślacie, Nowozelandczycy nie wycenili się na drużynę, która może potrzebować zostać w Maroko przez blisko 2 tygodnie i w dodatku potrzebować biletów lotniczych na najgorętszy (i oczywiście najdroższy) czas w roku. City przed turniejem bilety powrotne do Nowej Zelandii zabukowali na… dzień po meczu otwarcia!

Żeby uświadomić Wam o jakich problemach mówimy, czas na kilka słów o sytuacji klubów piłkarskich w Nowej Zelandii. Drużyny w lidze w 2014 roku miały budżet oscylujący wokół 250-300 tysięcy dolarów. Na sam obóz w Dubaju, mający przygotować i zaaklimatyzować Auckland City do Klubowego Pucharu Świata, Mistrz Nowej Zelandii wydał prawie 150 tysięcy! Uznano to bowiem za inwestycję, bo za przejście każdego rywala podczas turnieju były spore (w skali amatorskiego klubu) gratyfikacje finansowe, a lecieć przez pół świata tylko na jeden mecz i odpaść, byłoby tylko nierozsądnym wydatkiem.

Kolejne 50 tysięcy na przebukowanie biletów stanowiło więc nie lada wyzwanie i samo to było mniej więcej 1/6 rocznego budżetu klubu. Na szczęście istniała też druga strona medalu – nagrody pieniężne za dobry wynik w turnieju. Auckland za rozegranie 4 meczów i zajęcie 3. miejsca zarobiło 2,5 miliona dolarów amerykańskich , które jednak nie w całości trafiło na ich konto. FIFA tę nagrodę przekazała bowiem na rozwój całej ligi w Nowej Zelandii, co oznaczało, że 1,5 miliona trafiło do Auckland, a reszta drużyn występujących w lidze (poza rezerwami Wellington Phoenix) otrzymywała po 100 tysięcy dolarów.

Turniej w Maroko był dla Nowozelandczyków wyzwaniem piłkarskim i logistycznym, ale obok występu reprezentacji na Mundialu w RPA, do dziś jest największym sukcesem w historii tamtejszej piłki. W dodatku kilku zawodników po marokańskiej imprezie zostało w końcu zawodowymi piłkarzami! No, przynajmniej przez moment, bo np. Tamati Williams po tym, jak podpisał zawodowy kontrakt z RKC Waalwijk i rozegrał nawet 42 spotkania dla holenderskiej drużyny, uznał, że bardziej od piłki nożnej satysfakcjonuje go zawód modela i wieku 33 lat zakończył karierę piłkarską. Modelem jest do dziś.

Autor: Adam Kotleszka